A A A

Cyfrowe życie na subskrypcję

Witaj w świecie, w którym niczego nie masz na własność mimo, że co miesiąc ubywa ci z konta. Katarzyna Bielińska

Pierwsza dekada XXI wieku dla wielu pozostała niezapomniana. Z kilku powodów. Każdy ma swój. Miłośnicy telefonów komórkowych dostali do rąk najbardziej kultowy telefon wszech czasów – Nokię 3310. Fani reality show – w zaciszu domowych kanap nie mogli oderwać się od śledzenia poczynań Gulczasa w Big Brotherze. W internecie triumfy święcił komunikator Gadu-Gadu. W sklepach pojawiły się pierwsze smartfony. Ja zapamiętam pierwsze lata nowego wieku z powodu „Chirurgów” (Greys Anatomy). Serial wymyślony przez Shondę Rhimes po raz pierwszy pojawił się 27 marca 2005 roku na antenie ABC. I kupił mnie – po całości. Od tego czasu na domowej półce z DVD, obok wyczekiwanych wydań Władcy Pierścieni i Aliena – stawały kolejne edycje „Greysów”.
Pamiętam to szaleństwo i wyczekiwanie. Moi bliscy mieli z głowy prezentowe dylematy podczas kolejnych świąt – było powszechnie wiadomo, na co czekam najbardziej. Ostatnio przeprowadziłam się do nowego mieszkania i oczywiście rozpakowałam swoje zbiory filmów. Spojrzałam na półkę z mieszanymi uczuciami. Po prawdzie – pudełka z filmowymi krążkami stoją w równym rządku, ale żadnego z nich nie oglądam. Bo? Bo już dawno przeprowadziłam się do Netfliksa.


źródło: Antonioguillem, Adobe Stock

Boom na streaming

Nie ja jedna. W ciągu ostatnich kilku lat wartość sprzedaży materiałów wideo na krążkach DVD i Blu-ray spadła blisko o połowę (z 25,2 do zaledwie 13,1 miliarda w roku 2018). Powód jest oczywisty. Boom na strumieniowanie. W tak ekspresowym tempie, w jakim kurczy się rynek DVD, rozkwitają platformy streamingowe, ze swoim najbardziej popularnym modelem wideo na żądanie opartym na subskrypcji SVOD (ang. subscription video on demand). Zapewne znasz ten świat. Do koloru, do wyboru: VOD, CDA.pl. hboGO.pl, Ipla.tv, YouTube, Amazon Prime Vide, Player.pl, VOD TVP, no i oczywiście król wszystkich królów: Netflix. A dzięki wykorzystaniu w tym obszarze takich nowinek jak bitcoin oraz sztucznej inteligencji będzie tylko „lepiej”. Według prognoz analityków firmy Digital TV Research globalne przychody z seriali telewizyjnych i filmów oglądanych strumieniowo w latach 2019–2025 mogą podwoić się z 83 mld do 167 mld dolarów. Kwota niewyobrażalna, do której i ja dokładam co miesiąc swoją cegiełkę. Z ręką na sercu: kto tego nie robi?

Witaj w raju

I wszystko jest tu wspaniale: aby zobaczyć ulubiony film, nie musimy ruszać się z domu (np. do kina czy wypożyczalni DVD), co więcej – nie ma potrzebujemy nawet wstawać z kanapy czy fotela! Klikamy i oglądamy, co chcemy. Filmów jest tyle, że nawet w tempie oglądania dwóch filmów dziennie starczyłoby ich jeszcze dla naszych wnucząt. Nie jesteśmy przywiązani do laptopa, filmy możemy oglądać na telewizorze oraz (co coraz bardziej popularne) – na smartfonie.

źródło: wutzkoh, Adobe Stock

Nie ma też co narzekać na wybór – platformy streamingowe, ścigane wzrokiem konkurencji, stale poszerzają swoją ofertę, kusząc nowościami oraz premierami. To naprawdę masa rozrywki. I nie dotyczy ona tylko filmów, bo wykupując abonament w serwisach strumieniujących, możemy cieszyć się słuchaniem audiobooków (np. za pośrednictwem serwisu Audioteka.pl) czy legalnej muzyki online (nie tylko kultowy Spotify, oferujący możliwość słuchania utworów i całych płyt, w tym także tych premierowych, ale też wiele innych platform, np. TIDAL, Apple Music, Bandcamp czy Deezer). Nie mówiąc już o niezliczonych prenumeratach e-wydań dzienników, tygodników czy miesięczników (wystarczy wspomnieć, że w ostatnich latach liczba osób płacących za „Wyborczą" w sieci zwiększyła się kilkukrotnie).

Płacisz, ale nie masz

Tylko że... spoglądam na swoją przykurzoną półkę z filmami DVD oraz płytami na nośnikach CD i czegoś mi żal. I nie chodzi tu tylko o nostalgię za czasami, kiedy w dniu premiery kolekcjonerskich wydań „Władcy Pierścieni”, „Raportu Mniejszości” czy „Aliena” stawało się w długich kolejkach przed drzwiami zamkniętego jeszcze marketu, a potem celebrowało wieczorne oglądanie z przyjaciółmi zakupionych hitów. Albo za wyprawami do kiosku w sobotnie poranki po świeżutką „Wyborczą” z dodatkiem „Wysokich Obcasów” (które czytam teraz oczywiście dzięki prenumeracie cyfrowej). Wcale też nie chodzi tylko o to, że fizyczna płyta jest nośnikiem wspomnień – prezentu od ukochanej osoby lub takiego, który zrobiliśmy sami sobie z jakiejś ważnej dla nas okazji, a pożółkłe gazety tak miło pachną czasem (no i jak nic innego przydają się do obkładania słoików).


źródło: Shawn Hempel, Adobe Stock

Tu chodzi o coś więcej. Tylko o co? Znane przysłowie mówi: jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. I w tym przypadku porzekadło to trafia w punkt. Chodzi o ”kasę”, czy też może inaczej: poczucie własności. Przesyłanie strumieniowe wymaga od nas ciągłych (comiesięcznych) opłat za dostęp do tysięcy filmów czy albumów z muzyką, jednak nic z tego za co płacimy nie jest naszą własnością. Żadnego z cyfrowych hitów nie postawimy na półce, nawet takiej, której nigdy nie odkurzamy. Żadne cyfrowe wydanie „National Geographic” nie poszeleści tak miło w dłoniach jak papierowe. I nie wylejemy na nie kubka z herbatą.
Cyfrowe zakupy opierają się na istnieniu platformy steamingowej, na której usługi się zdecydowaliśmy, a więc i dostęp do niej jest zależny od zmiennego wahadła rynku oraz wysokiej jakości połączenia internetowego, które jest absolutnym niezbędnikiem konsumentów cyfrowych treści. Dla wielu przywiązanie do tych elementów to niewielka cena, by przekształcić swoją własność w formy cyfrowe. Dla innych – zbyt duża.

Bez śladów pamięci

Patrząc nieco szerzej: nowe trendy zmieniają sposób, w jaki odnosimy się do naszej własności (majątku), a tym samym – do nas samych i otaczającego nas świata. Russell W. Belk, profesor Uniwersytetu w Yorku, w swojej koncepcji rozszerzonego ja, pisał o tym, że „ja” w sensie typowo materialnym składa się, obok własnego ciała, również z tego wszystkiego, co posiadamy. – Kiedy coś posiadamy, staje się to nami, bo odcisnęliśmy na tym piętno mówił. I podawał za przykład notatki sporządzone na marginesach czy zagięte rogi książek, które przeczytaliśmy. W tym sensie nie tylko mówimy, że przedmiot jest nasz, ale sprawiamy, że jest on w wyjątkowy sposób nasz. To już nie jest zwykły przedmiot, który możemy zastąpić czymś innym. Teraz takie więzy są zerwane. W modelu przesyłania strumieniowego i korzystaniu z różnych cyfrowych mediów internetowych, nic z tego za co płacimy nie jest nasze. Żaden film, książka czy grafika, okupione comiesięczną dyspozycją przelewu, nigdy nie będą fizycznie obecne w życiu swoich „właścicieli”. Wyobraź sobie mieszkanie dowolnego melomana , który każdego miesiąca wydaje sporą część pieniędzy na usługi streamingowe, dzięki którym delektuje się muzyką współczesną. W jego domu nie znajdziecie niczego, co wskazywałoby na to, że ma bzika na punkcie Philipa Glassa, Pawła Mykietyna czy Agaty Zubel. Wyobraź sobie, że po swoim dziadku dziedziczysz e-booki i pliki MP3, a nie wspaniały zbiór płyt winylowych czy pożółkłych tomów z klasyką literatury. Jest różnica? Sabrina V. Helm, profesor Uniwersytetu w Arizonie, która bada zachowania konsumenckie, uważa, że ten efemeryczny, niematerialny stan mediów może nawet zniszczyć nasze doświadczanie kontaktu z samymi dziełami, ponieważ wiele z nich jest dostępnych za pośrednictwem tego samego urządzenia i prezentowanych w jednolity sposób bez unikalnych zewnętrznych wskaźników – takich jak okładki książek, albumów muzycznych lub różne tekstury papieru, które mogą pomóc w tworzeniu śladów pamięci.

Wybór, którego nie ma

– Na poczucie własności psychologicznej ludzi wpływają trzy podstawowe czynniki: to czy czujemy, że mamy kontrolę nad przedmiotem, który posiadamy, czy używamy go do określenia, kim jesteśmy (a więc czy buduje naszą tożsamość), oraz czy przedmiot ten daje nam poczucie przynależności do jakiejś grupy społecznej – twierdzi Helm. Czy możemy mieć na własność coś, czego tak naprawdę nie ma: plik w komputerze czy chmurze? W niedawnym badaniu prowadzonym przez wspomnianą profesor czytelnicy (szczególnie entuzjaści Harry'ego Pottera) przyznali, że przechowują dwie kopie swoich ulubionych książek – cyfrową i materialną. „Kopia cyfrowa jest tym, co czytasz, a fizyczna jest tym, co masz” – uzasadniali.
Niemożność posiadania na własność cyfrowych treści to tylko jedna z wad tego rodzaju konsumpcji. Słowo „wada” jest tu zresztą umowne, zwłaszcza dla ekologów. Tak czy siak, na to wciąż nowe dla nas zjawisko można spojrzeć z różnych stron. Przepastna biblioteka Netfliksa to tylko jedna strona medalu. Druga to oparte na algorytmach filtry platform streamingowych, które w większości podsuwają Ci treści podobne do tych, które już lubisz, i odciągają od eksperymentowania. W rezultacie wszystkie „stare” i wspaniałe filmy są głęboko ukryte w serwisie, a monopoliści strumieniowej transmisji nie tylko kształtują gusty użytkowników, ale też rozwijają bazę abonentów nieświadomych, że istnieje coś więcej poza podsuwaną im zawartością. Więc ten wybór – pozornie wielki – jest mocno dyskusyjny.

Zły sen

Serwowanie rozrywki zawieszonej gdzieś w cyfrowej przestrzeni wiąże się z kilkoma innymi problemami. O jednym z nich pisze Dan Green na łamach serwisu Vox. Rozwój technologii przyśpiesza, a dodatkowo producenci świadomie postarzają urządzenia i oprogramowanie, wymuszając zakup nowych. Może się więc zdarzyć, że zakupione e-treści zostaną „uwięzione” w niebycie nieobsługujących ich przeglądarek, przestarzałych narzędzi czy formatów odtwarzania. To tak – jakby wręczono Ci 3,5 calową dyskietkę, za której zawartość zapłaciłeś, ale nijak nie możesz jej odtworzyć. Jasne, są odpowiednie standardy dotyczące migracji plików, replikacji rekordów i emulacji środowisk oprogramowania, tak aby dostęp do danych był możliwy, gdy nasze telefony, komputery i powiązane z nimi programy staną się przestarzałe. Jednak nawet takie zmiany mają swoje granice w świecie rzeczywistym. Cóż, myśl o tym, że pewnego dnia dowiem się, że mój komputer jest za słaby na odtworzenie filmów na Netfliksie nie jest przesadnie relaksująca. Podobnych obaw jest więcej. Trzy lata temu użytkownicy iTunes odkryli, że kupione przez nich filmy zniknęły z dnia na dzień i że jedynym sposobem na zagwarantowanie, że zachowają dostęp do tych zakupów, jest ich pobranie i przechowywanie. Chmura jest cudownym snem, ale jednak snem: dopóki produkt nie znajdzie się na Twoim dysku, pendrivie lub płycie DVD, nie jesteś właścicielem tego, co posiadasz. No i na koniec – fizyczne nośniki można pożyczać (od kogoś i komuś), a przy okazji zwracania w nieskończonych rozmawiać o przeczytanych książkach czy obejrzanych filmach. Tej przyjemności pozbawieni są wyjadacze cyfrowych treści.

Bibliografia

Dan Greene, The erosion of personal ownership, serwis Vox; [dostęp: 6.05.2021]

Decoding digital ownership: Why your e-book might not feel like 'yours', materiały prasowe University of Arizona; [dostęp: 6.05.2021]

Nick Pinkerton, The streaming giants are erasing cinema’s history, internetowe wydanie magazynu The Guardian; [dostęp: 6.05.2021]

Stefan Kaczmarek, Streaming to przyszłość mediów, serwis TV Trend; [dostęp: 6.05.2021]

Mateusz Jamróz, Wszystko nasze, ale nic na własność – czyli kilka słów o streamingu, Serwis The Arq; [dostęp: 6.05.2021]


Ocena:
Oceń:
Komentarze (0)

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Komentarze wyświetlane są od najnowszych.
Najnowsze aktualności




Artykuły z wydań

  • 2021
  • 2020
  • 2019
  • 2018
  • 2017
  • 2016
  • 2015
  • 2014
  • 2013
  • 2012
  • 2011
  • 2010
  • 2009
  • 2008
  • 2007
Zawartość aktualnego numeru

aktualny numer powiększ okładkę Wybrane artykuły z PC Format 4/2021
Przejdź do innych artykułów
płyta powiększ płytę
Załóż konto
Co daje konto w serwisie pcformat.pl?

Po założeniu konta otrzymujesz możliwość oceniania materiałów, uczestnictwa w życiu forum oraz komentowania artykułów i aktualności przy użyciu indywidualnego identyfikatora.

Załóż konto