A A A

Dyrektywa o prawach autorskich kontra Google

1 października 2019, 16:10
Google nie będzie płacił wydawcom we Francji, choć tego wymagają nowe regulacje o prawach autorskich. W wynikach wyszukiwania pokaże gołe linki, pozbawione rozwinięcia tekstowego i graficznego. Kto na tym zyska, a kto straci?
Dyrektywa o prawach autorskich kontra Google

Według uchwalonej w kwietniu br. dyrektywy w sprawie prawa autorskiego i praw pokrewnych na jednolitym rynku cyfrowym portale agregujące treści, które oprócz linku publikują także fragment tekstu bądź zdjęcie, muszą płacić ich twórcom. Od 24 października br. prawo to zacznie obowiązywać we Francji, co dla dużych wyszukiwarek internetowych oznacza nowe obowiązki i dodatkowe koszty.

Na opłaty nie zgadza się Google, który postanowił, że prezentowane wyniki wyszukiwania ograniczone będą do samych linków i ewentualnie szczątkowych treści niepodlegających ochronie według nowego prawa. Chyba że wydawca jednak zgodzi się na bezpłatne udostępnienie szerszego fragmentu swoich materiałów.

Google konsekwentnie odmawia

Na pobieranie opłat od serwisów zawierających odnośniki do publikowanych przez wydawców treści już w 2014 roku zdecydowała się Hiszpania, co doprowadziło do zamknięcia Google News w tym kraju.

Obraną wówczas strategię gigant postanowił teraz kontynuować w odniesieniu do Francji. A ponieważ przyjęta przez ten kraj polityka wynika z prawa unijnego obowiązującego od początku czerwca br. i dotyczącego wszystkich państw członkowskich, przyszłość Google News w Europie staje pod znakiem zapytania.

Co prawda na wprowadzenie przepisów krajowych niezbędnych do wykonania unijnej dyrektywy państwa członkowskie mają czas do 7 czerwca 2021 roku, jednak już dziś widać ruch w tym obszarze. Przykładem jest nie tylko Francja, która szybko wdraża u siebie regulacje unijne, ale też Polska, która zrobiła ruch w odwrotnym kierunku.

Polska kwestionuje

Nasz kraj był jednym z sześciu, które sprzeciwiały się wprowadzeniu nowej dyrektywy – obok Finlandii, Włoch, Luksemburga, Holandii i Szwecji (Belgia, Estonia i Słowenia wstrzymały się od głosu). Dodatkowo 24 maja br. polski rząd zaskarżył do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej zapisy tej dyrektywy. Jako argument podawano zagrożenie wolności w internecie i sprzeczność z podstawowymi wartościami UE: wolnością słowa i wolnością idei. Dotyczy to zwłaszcza artykułu 17 dyrektywy, który zobowiązuje serwisy internetowe do prewencyjnej kontroli wszystkich treści, jakie chcą zamieścić użytkownicy – gdy bowiem są to treści objęte prawem autorskim lub pokrewnym, platformy muszą uzyskać odpowiednie zezwolenie od ich twórców.

– W praktyce mechanizm ten wymusza stosowanie przez serwisy automatycznych algorytmów, które będą kontrolować treści internetowe – mówił w maju minister kultury Piotr Gliński.

Wydawcy protestują

Stanowisko polskiego rządu oburzyło Izbę Wydawców Prasy (IWP), co raczej nie dziwi – to właśnie wydawcy szczególnie ucieszyli się z przepisów nowej dyrektywy. Ich bowiem dotyczą tak zwane prawa pokrewne, czyli analogiczne do prawa autorskiego regulacje, które mają na celu ochronę nakładów poniesionych przez producenta (wydawcę) na powstanie treści. Składają się na to na przykład wynagrodzenia dziennikarzy, redaktorów, grafików i koszty wyposażenia. Ochroną taką od dawna cieszą się już producenci muzyczni czy filmowi, wydawcy prasy natomiast musieli działać w warunkach braku regulacji ich praw na jednolitym rynku cyfrowym.

W swoim wystąpieniu IWP podkreśliła, że nowa dyrektywa wprowadza bardziej sprawiedliwe zasady obrotu treściami w środowisku cyfrowym, a jednocześnie wzmacnia ochronę i uprawnienia internautów. Zwykli użytkownicy internetu zyskują bowiem pewność, że ich aktywność w sieci nie będzie zagrożona – mogą linkować, cytować, tworzyć memy, dzielić się materiałami prasowymi bez ryzyka pociągnięcia ich do odpowiedzialności za rozpowszechnianie utworów podlegających ochronie prawnoautorskiej. Ciężar odpowiedzialności prawo przerzuca tu na platformy internetowe.

„Dyrektywa wprowadza zasadę: skoro korzystasz z cudzej twórczości i na tym zarabiasz – podziel się zyskiem" – napisano w oświadczeniu.

Kontrowersje trwają

W odpowiedzi na decyzję Google'a o niepłaceniu wydawcom we Francji tamtejszy minister kultury Franck Riester wydał oświadczenie, w którym uznał stanowisko firmy za niedopuszczalne. „Cele polityczne, do których dąży się przez tworzenie prawa pokrewnego, są bardzo jasne: trzeba umożliwić sprawiedliwy podział wytworzonej wartości, z których korzysta taka platforma jak Google" – napisał.

Jednocześnie przedstawił nowe spojrzenie giganta na rolę wydawców w prezentowaniu ich treści: „Google wyraził zamiar przyznania wydawcom większej kontroli nad tym, w jaki sposób ich artykuły są pokazywane. To pierwszy krok, który pokazuje, że wprowadzenie prawa pokrewnego pozwala na zrównoważenie sił w taki sposób, by umożliwić wydawcom kontrolowanie ich treści".

Przykład Hiszpanii, wcześniej Niemiec (gdzie już w 2013 roku wydawcy weszli z Google'em w konflikt na tle swoich praw, ale po widocznym spadku ruchu na ich stronach zrezygnowali z usuwania wyników wyszukiwania w Google News) i teraz Francji pokazują, że respektowanie unijnego prawa przez wiodące platformy internetowe wcale nie jest takie oczywiste. Podobnie jak nie jest oczywiste, że wydawcy tylko na nowych regulacjach zyskają, gdy giganci wykorzystają swoją dominację do ograniczania wyświetlanych treści. Tym bardziej że Google ma już skonkretyzowaną filozofię „inwestowania w newsy" – ale według własnej koncepcji.

fot. 123RF


Barbara Blaczkowska
Ocena:
Oceń:
Komentarze (0)

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Komentarze wyświetlane są od najnowszych.
Najnowsze aktualności



W to mi graj
21 listopada 2019
NZXT prezentuje swój pierwszy zestaw audio dla graczy.

Załóż konto
Co daje konto w serwisie pcformat.pl?

Po założeniu konta otrzymujesz możliwość oceniania materiałów, uczestnictwa w życiu forum oraz komentowania artykułów i aktualności przy użyciu indywidualnego identyfikatora.

Załóż konto